Tuesday, 25 May 2010

Byłam w Faro.

Pod tym linkiem galeria z Faro .

Faro. Na lotnisku kupiłam butelkę wody i zapytałam się o autobus do centrum. Niestety usłyszałam, że autobusy o tej porze nie kursują – było już późno, jak dobrze pamiętam było dobrze po 21 - jedynie taksówką mogłam dostać się do motelu. W Portugalii jako pierwszy przywitał mnie szczerbaty taksówkarz, nie przeszkadzało mi to, że burczał coś przez całą drogę - ciekwa byłam tego kraju, ciekawa byłam czy zauroczy mnie tak jak zrobiła to Andaluzja. Już raz kilka lat wcześniej przekroczyłam granicę pomiędzy Hiszpanią i Portugalią, ale wizyta trwała kilka godzin i ograniczyła się do pobytu ze znajomymi w klubie nocnym. Teraz ponownie na południu Europy. Tym razem sama, obserwowałam świat przez szkła aparatu. Na do widzenia taksówkarzowi rzuciłam obrigada (jedyne słowo, które bez trudności zapamiętałam) i z ulicy weszłam na klatkę schodową. W recepcji dziewczyna, która zna angielski - jest nieźle. Pytam się czy jest bezpiecznie wieczorem na ulicach Faro i czy bez obawy mogę wyjść na spacer – kiwnęła głową. W pokoju otworzyłam drzwi balkonowe i zamarłam. Widok był przerażający. Tak jakbym otworzyła usta taksówkarza, które urosły do niewyobrażalnych rozmiarów i jakbym wpatrywała się w szczerby i czarne pieńki - pozostałości po zepsutych zębach taksówkarza. Brrrrr. Niemiłe wspomnienie. Zaczęło też siąpić – pomyślałam, że swiat jest zawsze piękniejszy o wschodzie słońca i Portugalia też napewno jest ładna. Tego wieczoru nie wyszłam na spacer. Rano około 10 miałam pociąg do Lizbony, na nogach byłam przed siódmą. Oddając klucz zapytałam się o miejsce gdzie mogłabym kupić coś do zjedzenia, dziewczyna wskazała mi miejsce tuż za rogiem, zwane cafeteria (rodzaj baru- kawiarni z kilkoma stolikami). Otwarta od ósmej... jest siódma... aparat w ręce... ciekawe ile zdołam zobaczyć w ciągu kilku godzin? Niecałe dwieście metrów dalej od motelu wchodzę na stację kolejową - potwierdzam, że pociąg jest około 10, ale biletu nie kupiłam gdyż komputery nie działały. Wyszłam i skierowałam się w stronę wybrzeża, pamietałam kierunek z mapy, a już później starałam się pamiętać w którą stronę skręciłam - trzymałam się teorii, że najłatwiej będzie skręcać tylko np. w lewo ;).

Niesamowitym i miłym dla ucha był poranny klekot bocianów. Klekot dobiegał z wielu stron. Wyraźny, wpasował się w życie miasteczka. Rozpoczynał dzień, jak w wielu wsiach dzień rozpoczyna pianie koguta. Bociany rozgadały się jak przekupki na targu. Dusza mi się śmiała gdy zobaczyłam tak wiele ptaków w jednym miejscu, niemalże na każdym dachu zbudowały gniazdo. Nie zapomnę długo klekotania i może dzięki tym ptakom Faro wydało mi się bardzo malowniczym miejscem. Zrobiłam kółko po głównym rynku zatrzymując sie chwilę przy marinie (większy basen z kilkudziesięcioma motorówkami) i wróciłam na wskazany przez recepcjonistkę róg ulicy - na śniadanie. Do tej pory nie wiem jaką kawę piją portugalczycy, jaka kawa jest wizytówką tego kraju. Ja wierna byłam tam filiżnace espresso z dużą iloscią cukru. Tak mój kapitanie, przebiłam ciebie w słodzeniu gorących napoi - na malutką filiżankę dwie łyżeczki cukru! Pycha. Na małą czarną czekałam ponad pół godziny, niesamowite – jestem z powrotem na południu! Po kawie zabrałam plecak z motelu i po kilkunastu minutach podziwiałam widoki na trasie do Lizbony.

W Faro kilka kolejnych godzin spędziłam ponownie w dniu wylotu. Tym razem byłam bardziej natarczywa w przyglądaniu się i poznawaniu Faro. Aparat daje pewien rodzaj alibi, pozwolenie aby natarczywość spojrzenia była zaakceptowana. Tak jak w wielu innych miastach, w Faro znajdują się miejsca, gdzie można spotkać codziennie te same osoby. Wyobrażam sobie, że bardzo często, tak jak i tego dnia, w bramie prowadzącej na stare miasto można spotkac skulonych studentów - szkicujących, kreślących stare mury budynków. Można też ich często spotkać na ulicach rynku. Kolejne miejsce to kąt pod arkadami zaanektowany przez grupę mężczyzn. Arkady znajdują się po przeciwległej stronie mariny, z drugiej strony głównego placu. Znalazła tam sobie przystań grupa mężczyzn grających w karty. Usiedli przy poskładanych jeden na drugim stolikach, które to stanowią nieodzowną częś architektury tej i innych miejscowości w Portugalii. Kilka przecznic dalej, prostopadle do mariny nastepny deptak, tam na ulicy grupa Marokańczyków. Pamiętam, że poznani Hiszpanie w czasie gdy przebywałam w Andaluzji mieli negatywny stosunek do Marokańczyków, nie potrafili ukryć rasizmu. Przybyłych z Afryki mężczyzn traktowali jak zło konieczne. Zatrudniali ich, ale nie okazywali szacunku. Pierwszy raz tam spotkałam się z pogardą dla innej nacji. Przy nieukrywanej pogardzie marokańczycy bezczelnie demonstrowali swoją dumę. Nie da sie nie zauważyć Marokańczyków na ulicy. Rzuca się w oczy ich natarczywość spojrzenia, lekceważąca postawa .
Każdy ma swoje miejsce w Faro. Odnalazłam i ja swoje miejsce w nowo poznawanym miasteczku. Jest nim kilka metrów kwadratowych pontonu, który stanowił przystań dla małych rybackich łodzi. Znalazłam to miejsce przechodząc ze starego miasta na promenadę i po przejsciu przez tory kolejowe znalazłam się na tych kilku metrach kołysanych przez fale. Odkryłam Faro dla siebie, nie przerażał już mnie widok sypiącego się tynku, a powybijane okna pustostanów nabrały charakteru, tajemniczości. Stały sie barwne, a nie zmurszałe i odpychające.
Faro ma urok tych małych miejscowości gdzie wszyscy wszystkich znają. Czas jest niezauważalny, ignorowany, a wskazówki nie nadają mu znaczenia. Zauważalna jest akceptacja przemijania.

Żałuję, że nie udało mi się popłynąć na lagunę. Laguna jest Rezerwatem Przyrody o powieżchni ok 170 m. kw. Lokalne biuro podróży oferuje rejsy małymi łódkami do rezerwatu. Najsensowniej jest wybrać się tam w okresie wiosny i jesieni. W tych porach roku staje się ona przystankiem dla migrujących ptaków. Liczy się, że jest ponad sto gatunków zatrzymujących się na lagunie.

Może innym razem, może we dwoje tam popłyniemy. W tej podróży ja wybrałam Lizbonę. Wybrałam fado.

Friday, 7 May 2010